O autorze
Z wykształcenia prawnik, z zawodowego zamiłowania – obserwator i komentator wydarzeń na arenie międzynarodowej. Szczególnie interesuję się krajami WNP, ale na blogu poruszam szerszą tematykę. Pochodzę z Łodzi, do której regularnie wracam choćby po to, by podziwiać zmiany na ulicy Piotrkowskiej. Obecnie mieszkam w Warszawie, w której – choćby z racji rozpoczętych studiów doktoranckich na kierunku prawo – mam zamiar zostać jeszcze przez co najmniej kilka lat.
Zapraszam także na blog, w którym w przystępny sposób staram się pisać o prawie: blogoprawie.bloog.pl

Żywie Biełaruś, czyli niech żyje Białoruś: 3 lata po ostatnich sfałszowanych wyborach

Dziś nietypowo, bo o filmie poświęconym krajowi, o którym wciąż wiemy za mało – i trudno, by było inaczej, skoro wjazd na jego terytorium wymaga uzyskania wizy. „Żywie Biełaruś” to obraz trudny, pełen brutalności, który nie koncentruje się na codziennym życiu naszych sąsiadów, a na niecodziennej walce młodego opozycjonisty z systemem. Warto podziwiać odważnych ludzi i dlatego z pełnym przekonaniem polecam obejrzenie tego filmu. Wisienką na torcie jest rozmowa, którą przeprowadziłam z odtwórcą głównej roli w tej polsko-białoruskiej produkcji.

3 lata temu polskie gazety pisały brutalnym tłumieniu masowych protestów, do których doszło po sfałszowanych wyborach prezydenckich, w których miażdżące zwycięstwo odniósł Aleksandr Łukaszenka. Jeszcze przed ogłoszeniem wyników przez komisję wyborczą na centralnym placu Mińska zaczęli gromadzić się zwolennicy opozycji – w kulminacyjnym momencie na Placu Październikowym znajdowało się kilkadziesiąt tysięcy ludzi, na czele których stanęli kontrkandydaci Łukaszenki.



Manifestacja początkowo miała pokojowy charakter. Naprawdę niebezpiecznie zaczęło się robić, gdy niektórzy protestujący chcieli dostać się do budynków rządowych. Podobno tak naprawdę byli to prowokatorzy, którzy w tłum wmieszali się z polecenia służb specjalnych, a których zadaniem było pokazanie zwolenników opozycji w złym świetle. Tak czy inaczej, spokojny protest przerodził się w regularne walki z różnymi formacjami siłowymi, a ich następstwem było aresztowanie blisko 600 protestujących, w tym – aż siedmiu z dziewięciu kandydatów w wyborach prezydenckich. Kilku z nich do dziś obywa surowe kary pozbawienia wolności (przykładowo, Mykoła Statkiewicz został skazany na karę 6 lat pozbawienia wolności w kolonii karnej w Mohylewie; Andriej Sannikau wnosił o ułaskawienie, w efekcie czego został zwolniony po blisko półtora roku).

Pamiętam, że w 2010 r. niektórzy komentatorzy pisali o rewolucji, która lada dzień może się rozpocząć u naszego sąsiada i która może być tak silna, że zepchnie Łukaszenkę i pozwoli zaprowadzić na Białorusi nowe porządki. Tak się nie stało – zbyt szybko stało się jasne, że z "elementem wywrotowym" władza rozmawiać nie będzie i sny o demokratyzacji szybko przemieniły się w koszmar wielu uczestników protestów z przełomu 2010 i 2011 roku.

Przed kilkoma miesiącami premierę miał film Krzysztofa Łukaszewicza ("Lincz", "Generał Nil"), którego akcja nie dotyczy bezpośrednio przypomnianych powyżej wydarzeń, lecz dotyka innego ważnego aspektu walki z systemem. Być żołnierzem, walczyć o honor Ojczyzny – to brzmi dumnie, pod warunkiem, że wojsko to nie obóz reedukacyjny dla tych, którzy mają pecha nie zgadzać się z oficjalną linią polityczną administracji prezydenta. Grzech samodzielnego myślenia – i głośnego wyrażania swoich myśli – popełnił Franak Wiaczorka, młody opozycjonista (mówiący zresztą dobrze po polsku i często pojawiający się w naszych mediach), który publicznie niejednokrotnie wypowiadał się na tematy polityczne, za co spotkała go kara, której pewnie się nie spodziewał. Z powodów zdrowotnych otrzymał odroczenie służby wojskowej, co nie przeszkodziło jednak we wcieleniu go do armii, gdy na górze uznano, że miarka się przebrała. Jaka musiała być złość tych, którzy mieli nadzieję, że w armii chłopak nabierze pokory, a już na pewno zostanie skutecznie odizolowany i swoim krytycznym myśleniem nie będzie mógł się dzielić z innymi – gdy okazało się, że Franak przeniósł swoje "opozycyjne" zainteresowania wewnątrz więziennych murów i zaczął prowadzić blog, na którym opisywał absurdy związane z życiem w koszarach! Oczywiście, nie mógł samodzielnie przenosić myśli na klawiaturę – w tym pomagali mu przyjaciele, którym telefonicznie przekazywał informacje o codziennym życiu w wojsku. Blog cieszył się ogromną popularnością. Były liczne próby zamknięcia go, a osoby zaangażowane w jego funkcjonowanie (także sam autor) wielokrotnie stawały się obiektem agresji ze strony KGB i milicji.

Historia ta została na potrzeby filmu zmieniona. Głównym bohaterem jest Miron, młody frontman popularnego zespołu rockowego – umiarkowanie zainteresowany polityką, koncentrujący się raczej na muzyce, ale na pewno nie sprzyjający prezydentowi. Za ekscesy, do których doszło z trakcie jednego z koncertów, wcielony został do armii – a reszta historii pozostała już bez zmian. Miron z pomocą swojej dziewczyny (i tu polski akcent - Vierę zagrała Karolina Gruszka) informuje opinię publiczną o warunkach panujących w koszarach – na blogu jest trochę śmiesznie, ale z reguły jednak zupełnie strasznie.

Obejrzałam go kilka dni po tym, jak na konferencji w Łodzi miałam okazję zamienić kilka słów z odtwórcą głównej roli, Dźmitrijem Vinsentem Papko. Postanowiłam dopytać go o pracę nad filmem i konsekwencje, jakie miał dla niego udział w produkcji. Nie trzeba być wielkim znawcą polityki białoruskiej, by domyślić się, że władze tego kraju uznały nakręcony przez polskiego reżysera i za częściowo polskie środki film za próbę mieszania się zagranicy w białoruskie sprawy i podburzanie Białorusinów.

Czy bez wahania zgodziłeś się na udział w filmie, który, jak na pewno mogłeś się spodziewać, ściągnie na Ciebie kłopoty?

Pewnie, brałem to pod uwagę, ale wiedziałem też, że to wyjątkowa okazja – bo "Żywie Biełaruś" to nie jest zwykły film. Ten obraz jest naprawdę ważny dla Białorusi, myślę, że to nawet jedno z najważniejszych, jak nie najważniejsze, wydarzenie filmowe ostatnich dwudziestu lat. Na Białorusi robi się bardzo wiele filmów, ale to są przede wszystkim obrazy poświęcone II wojnie światowej. Praktycznie nie ma filmów, których akcja rozgrywałaby się wcześniej – jak gdyby nic się na tych ziemiach nie działo, jak gdyby nikt tam przed wojną nie mieszkał!



"Żywie Biełaruś" to film fabularny, który pokazuje ważny aspekt dzisiejszej Białorusi. Powstał, by zwrócić uwagę widzów na sytuację w armii – od początku był kierowany zarówno do Białorusinów, jak i obcokrajowców. Został dobrze przyjęty na świecie – zdobył osiem nagród (m. in. na festiwalach w Gdyni, Stambule i Wiedniu), pokazany został na 20 międzynarodowych festiwalach


Międzynarodowy sukces nie uchronił Cię przed zemstą władz.

To prawda. Zaraz po zakończeniu zdjęć wróciłem na Białoruś i od razu zaczęły się mną interesować służby. Dostałem wezwanie na milicję – byłem przesłuchiwany przez wydział zajmujący się walką z przestępczością gospodarczą. Podobno dostali donos, jakobym był bardzo bogaty, miał kilka samochodów i firmę, do której przychodzą różne podejrzane typy – no i że ukrywam swój majątek. Nie mieli żadnych dowodów, przecież to wszystko nie było prawdą. Nie przeszkadzało im to w nieustannym wzywaniu mnie na kolejne przesłuchania.

Następnie przypomniała sobie o mnie komisja wojskowa. Mam problemy z sercem, więc już dawno otrzymałem ze szpitala zaświadczenie zwalniające mnie ze służby – grany przeze mnie bohater też uzyskał odroczenie służby wojskowej, ale i tak do armii go wzięli. Ja nie miałbym nic przeciwko wojsku, gdyby nie to, że wiedziałem, że chcą mnie wziąć, by mnie odseparować, a następnie zlikwidować. Bałem się, że w wojsku mogą mi coś podrzucić i następnie oskarżyć o jakieś przestępstwo. To zresztą dla Białorusi typowe: jak ktoś władzy nie pasuje, zostaje umieszczony w szpitalu psychiatrycznym, więzieniu lub wojsku.

Przez kilka miesięcy nieustannie wzywali mnie a to na milicję, a to do szpitala, a to na komisję lekarską. Nie mogłem normalnie żyć, bo ciągle musiałem się przed kimś meldować. Wreszcie wyznaczyli mi termin rozpoczęcia służby wojskowej. Jak już powiedziałem, w innych okolicznościach bym ją rozpoczął, to obywatelski obowiązek – tyle że wiedziałem, że to jest jakaś prowokacja ze strony władz. Musiałem podjąć decyzję, co dalej – i latem 2012 r. przyjechałem do Polski. Studiuję na Uniwersytecie Warszawskim.

Gdybyś teraz pojechał na Białoruś, aresztują Cię na granicy?

Byłem w międzyczasie na Białorusi – i okazało się, że służby już się mną nie interesują! Żadnych wezwań, przesłuchań, jak gdyby o mnie zapomnieli. Nikt nie robi mi tam już żadnych problemów – może się boją? Dzięki filmowi wielu ludzi, także za granicą, poznało moją historię, więc służby nie mogą być wobec mnie agresywne. Franaka też się już zresztą nie czepiają.

Reżim działa falami – są okresy represji i okresy spokoju. Reżim Łukaszenki jest nieprzewidywalny.

Film jest oparty na prawdziwej historii.

Pierwowzorem filmowego Mirona jest Franak Wiaczorka, który od lat angażuje się w różne działania opozycji. Jego ojciec jest zasłużonym działaczem opozycyjnym, był szefem Białoruskiego Frontu Narodowego. Za swoją aktywność Franak został na półtora roku wzięty do wojska, choć z powodów zdrowotnych nie powinien był się w nim znaleźć.

A więc pierwowzór nie jest muzykiem rockowym, jak jego filmowy odpowiednik?


Reżyser uznał, że fajnie będzie pokazać w filmie przemianę wewnętrzną bohatera. Bo Miron nie od początku chce walczyć z systemem – to nie on krzyczy w trakcie koncertu hasła przeciwko systemowi, on chce tylko śpiewać. Dopiero w trakcie pobytu w wojsku jego postawa się zmienia. Tak czy inaczej, wątek represjonowanego muzyka nie jest w całości wymyślony. Wielu artystów, w tym muzyków, angażuje się w walkę z systemem i z tego powodu spotykają ich problemy. Na Białorusi istnieją "czarne listy" zespołów, które nie mogą legalnie występować.

Ostatnia scena filmu przedstawia pałowanie opozycji przez milicję po sfałszowanych wyborach prezydenckich w grudniu 2010 r. Ja tę scenę odczytałam w ten sposób, że cała akcja Franaka/Mirona nic nie dała, nic się nie zmieniło.

To nie do końca tak. Moim zdaniem to, co się stało po 19 grudnia 2010 r. to były najstraszliwsze represje, jakie dotknęły opozycję w ostatnich dwudziestu latach. Do dzisiaj wielu ludzi odsiaduje kilkuletnie wyroki pozbawienia wolności za udział w tamtych wydarzeniach. Franak pokazał fantastyczny styl walki z systemem, to było naprawdę odważne. Za wcześnie, by mówić o efektach. Moim zdaniem jest kilka stadiów walki z reżimem i to, co się stało po wyborach prezydenckich to jest jeden z nich – nie ostatni, będzie jeszcze kilka. W Polsce też nie od razu wywalczono wolność. Zanim nadeszły wydarzenia z 1989 r., był 1956, 1976, był stan wojenny. Wolność była zdobywana etapami i w przypadku Białorusi też tak musi być.

Kto tę wolność wywalczy?

Ci, którzy są na Białorusi. Na pewno nie emigranci, którzy w różnych europejskich stolicach opowiadają o potrzebie zmian. Jestem zdania, że problemy Białorusi mogą być rozwiązane tylko w kraju – konferencje w Warszawie czy Waszyngtonie naprawdę nie przyniosą realnych zmian.

Powiedziałeś, że działania podejmowane z zagranicy nie pomagają realnie Białorusi. Czy zatem takie działania jak te, które podejmuje Inicjatywa Wolna Białoruś, są zbędne?

Nie, doskonale, że za granicą działają organizacje, które koncentrują się na Białorusi, tylko że one podejmują przede wszystkim działania o charakterze kulturalnym, np. wspomniana przez Ciebie Inicjatywa Wolna Białoruś co roku organizuje koncert "Solidarni z Białorusią". Takie wydarzenia fantastycznie promują Białoruś za granicą, ale, jak powiedziałem, najważniejsze zadania muszą wykonać sami Białorusini.

Czy mówisz po białorusku? Znajomość tego języka przez Białorusinów nie jest przecież, wbrew pozorom, czymś oczywistym.

Tak. Moja rodzina posługuje się taką mieszanką języka białorusko – rosyjsko - ukraińskiego. Płynnie zacząłem się posługiwać białoruskim gdy miałem jedenaście, może dwanaście lat. Lata 90. to był okres białorusinizacji, zajęcia w szkołach odbywały się po białorusku. Z czasem coraz więcej szkolnych zajęć odbywało się po rosyjsku – doszło do tego, że nawet takie przedmioty, jak literatura białoruska czy historia wykładane były po rosyjsku.

Napisz o tym, że wszyscy powinni pojechać na Białoruś i zobaczyć, jak tam jest naprawdę. Obecnie jest to dużo prostsze, niż zwykle, gdyż w związku ze zbliżającymi się Mistrzostwami Świata w hokeju (odbędą się w maju 2014 r.), znacznie uproszczono procedury wizowe.
Trwa ładowanie komentarzy...