Z pamiętnika obserwatora OBWE

10 ostatnich dni spędziłam na Ukrainie, gdzie z ramienia OBWE byłam jednym z ponad tysiąca obserwatorów wyborów prezydenckich. Zadanie tyle męczące, co interesujące i inspirujące.

W ostatnich miesiącach publicyści i analitycy prześcigają się w pisaniu nowych scenariuszy dla Ukrainy, wyciągają wnioski, wysuwają rekomendacje. Żywotność wielu z nich to zaledwie kilkanaście dni – w tak dynamicznej sytuacji, w jakiej znajduje się nasz sąsiad, trudno o jakiekolwiek pewniki. Powstrzymałam się od pisania o Ukrainie, publikowałam jedynie trochę kontekście ekonomii i gospodarki. Na bieżąco śledziłam natomiast to, co o sytuacji na wschodzie mówią i piszą mądrzejsi ode mnie i starałam się zrozumieć przyczyny, poznać tło. Samo czytanie to jednak ledwie wstęp, bo trudno zrozumieć "wrzenie świata", siedząc na kanapie we własnym mieszkaniu. Jeśli jest możliwość, trzeba jechać, posłuchać, poczuć. Taka możliwość się pojawiła, gdy OBWE, za pośrednictwem polskiej organizacji rozpoczęło nabór na obserwatorów wyborów prezydenckich. Zgłosiłam się i po bardzo krótkiej procedurze rekrutacyjnej zostałam wybrana na jednego z blisko dziewięćdziesięciu polskich obserwatorów krótkoterminowych.



Wyjechaliśmy z Warszawy 19 maja, po 14 godzinach dotarliśmy do Kijowa. Pierwszego dnia mieliśmy czas wolny – ot, wystarczająco dużo, by obaczyć to, co dziś stanowi żywy symbol wydarzeń z początku roku – Majdan. Widok przerażający, a przecież w zasadniczej mierze został on już uprzątnięty po wielotygodniowych protestach i walkach. Uderzające jest to, że pijąc kawę w eleganckiej kawiarni, można mieć jak na dłoni barykady z opon i ciemnozielone namioty, w których wciąż przebywają ci, którzy uważają, że władzy nieustannie trzeba patrzeć i ręce i przypominać, że naród czuwa – a najlepiej robi się to właśnie z głównego placu. Bo tak to właśnie wygląda – na środku ulicy nieustannie poustawiane są barykady, leżą stosy desek i stoją dziesiątki namiotów, a w lokalach wzdłuż Majdanu toczy się normalne, niezmącone (przynajmniej moim oczom takim się ono wydało) życie miasta – ludzie kupują ubrania w Zarze, piją kawę, oglądają suweniry przypominające o wydarzeniach sprzed kilkunastu tygodni. Tak, powstało całkiem sporo stoisk, na których sprzedaje się gadżety mniej lub bardziej odnoszące się do symboliki walk na Majdanie – a to koszulki, a to magnesy z przekreśloną twarzą Putina. Gdzieniegdzie siedzą umundurowani chłopcy, ale ich widok zdecydowanie nie przywodzi na myśl jakichś działań wojennych czy stanu podwyższonej gotowości. Za dużo codzienności, by nawet maszerujący z kijami bejsbolowymi mężczyźni (a obrazek taki widziałam tylko raz, więc nie śmiem wyciągać żadnych daleko idących wniosków) budzili niepokój. Tym, co ów niepokój na pewno wzbudza, jest górujący nad Majdanem spalony dom związków zawodowych.



Budynek spłonął w czasie szturmu na Majdan (18-19 lutego). W czasie szturmu sił specjalnych (Berkut) przebywali w nim opozycjoniści. Wielu spłonęło żywcem, inni zabili się skacząc z okna po tym, jak funkcjonariusze podpalili parter i 8 piętro. Nie znalazłam danych mówiących o tym, ile osób zginęło tej strasznej nocy w budynku, którego gołe ściany stanowią przerażający dowód tego, do jakich wynaturzeń dochodziło na placu, który w 2005 roku był miejscem odrzucenia (przynajmniej teoretycznie i chwilowo, bo rzeczywistość rozczarowała) starego porządku. Ofiar było co najmniej 50. W ogóle mówienie o liczbie ofiar jest przedwczesne, bo dziesiątki ludzi zaginęły i, jak przypuszczają aktywiści, nigdy nie wrócą. Ciała wielu z nich leżą w podkijowskich lasach i rowach, starannie poukrywane przez służby bezpieczeństwa. Wiem, że w Kijowie jeszcze do niedawna działały grupy ochotników, którzy każdej nocy przeszukiwali okoliczne lasy, brzeg rzeki, a nawet masowe groby, w których chowa się bezdomnych. Czy wciąż działają, nie wiem, trudno znaleźć w mediach informacje o ich działalności. Nie afiszują się nią – nie chcą przecież być kolejnymi, którzy nie wrócą do domu.


W Kijowie spędziliśmy dwa dni, w czwartek wieczorem rozjechaliśmy się do regionów, w których mieliśmy prowadzić obserwacje. W sumie po całym kraju rozjechało się ok. 1200 obserwatorów nie tylko z Europy, ale i Ameryki Północnej. Największą delegację wysłała wcale nie Polska, a Kanada – 150 osób. Liczba ta w pierwszej chwili mnie zaszokowała – bo dlaczego bogata i stroniąca od uczestnictwa w konfliktach Kanada miałaby się tak bardzo pochylać nad losem odległej geograficznie i kulturowo Ukrainy? Szybko wyjaśnili mi to kanadyjscy obserwatorzy – otóż w kraju tym żyje tak wielu emigrantów znad Dniepru, że rządowi bardzo opłaca się, z politycznego punktu widzenia, wspierać finansowo wyjazd obserwatorów, by tym samym zdobyć przychylność wyborców pochodzenia ukraińskiego w kolejnych wyborach.

Nie mieliśmy wpływu na to, dokąd pojedziemy, podobno to losowanie zadecydowało o tym, w którym miejscu wykonywać będziemy pracę. Miałam mieszane odczucia co do tego, czy chciałabym pojechać na wschód. Z jednej strony strach (ileż ja się w domu musiałam natłumaczyć, że mój wyjazd jest bezpieczny i wrócę w jednym kawałku, ile musiałam się naobiecywać, że zrobię wszystko, by na ów "straszny wschód" nie jechać!), z drugiej – jakie ciekawe spostrzeżenia mogłabym tam poczynić, a następnie przenieść na papier i opublikować. Przed wyjazdem prowadziłam zresztą rozmowy na temat publikacji, tyle że większość czasopism zapowiedziała, że warunkiem współpracy jest to, bym znalazła się na wschodzie. "Na zachodzie i w centrum, pani Martyno, nie spodziewamy się żadnych kontrowersyjnych wydarzeń, więc raczej nie będzie o czym pisać" – odpisano mi z jednego z miesięczników i nie było to stanowisko odosobnione. Aha, w trakcie wyjazdu w ogóle musiałam powstrzymać się od pisania o Ukrainie – apolityczność, obiektywność, koncentracja na sprawach bieżących. A szkoda, bo propozycje komentowania wyborów też były. Przepadło, lecz cóż, znałam swoją rolę w układance OBWE i się na nią zgodziłam.

Pojechałam na Zakarpacie, co być może nie brzmi jak przygoda życia, jednak wcale nie okazało się celem nudnym i nieuzasadnionym. Zakarpacie (najbardziej na zachód wysunięty region) jest politycznie interesujące z co najmniej dwóch powodów: w poprzednich latach wygrywała tam Partia Regionów, która nie cieszyła się sympatią mieszkańców innych zachodnich regionów, lecz była wyborem typowym dla wschodu. Na mapach powyborczych wyglądało to tak, że cały wschód był niebieski (kolor Partii Regionów), zachód – pomarańczowy, centrum w zasadzie również. I tylko Zakarpacie wybijało się intensywnym błękitem wśród pomarańczowego zachwytu.


Przyczyną, dla której w ostatnich miesiącach w zachodnich mediach w ogóle pisało się o Zakarpaciu jest fakt, że region ten zamieszkuje mniejszość węgierska (jest ich tam ok. 200 tysięcy osób). Po tym, jak Rosja anektowała Krym, węgierski premier Viktor Orban zażądał autonomii dla zakarpackich Węgrów oraz umożliwienie im otrzymania podwójnego obywatelstwa. Żądania te zostały bardzo negatywnie odebrane przez opinię międzynarodową, gdyż wywołały dodatkowy zamęt na i tak niestabilnej Ukrainie. Powiedzmy też szczerze, że wysuwanie ich w tym właśnie momencie było po prostu nie na miejscu. Tak wypowiedź Orbana ocenił premier Donald Tusk: "Dzisiaj, kiedy jesteśmy świadkami rozbierania Ukrainy i próby demontażu państwa ukraińskiego, taka wypowiedź musi budzić niepokój. Jeśli ktokolwiek w Europie myśli, że rozpad państwa ukraińskiego może przynieść jakieś doraźne korzyści zachodnim sąsiadom Ukrainy, ten popełnia dramatyczny błąd i kompletną nieznajomość historii ".



Nasza składająca się chyba z 12 osób grupa dotarła na Zakarpacie pociągiem. Do Użhorodu, który leży jakieś 500 km od Kijowa, dotarliśmy pociągiem po 16-godzinnej jeździe. Swoją drogą, kto słyszał wcześniej nazwę tego miasta, ręka w górę. Ja sama poznałam ją na dzień przed wyjazdem, co można odbierać jako przejaw mojej ignorancji, ja jednak tłumaczę sobie to tym, że my o Ukrainie w ogóle mało wiemy, choć lubimy o sobie myśleć jako o znawcach każdego kawałka ukraińskiej duszy. Serwis internetowy podpowiada mi, że z Lublina do Użhorodu są ledwie 293 km, a więc znacznie bliżej, niż do Szczecina, ale z jakiegoś powodu praktycznie nikt nie jeździ do tego górskiego (jak sama nazwa wskazuje) regionu. Powód? Zgaduję, że każdy z nas słyszał o trudnościach związanych z przekraczaniem granicy polsko-ukraińskiej prywatnym samochodem i to skutecznie zniechęca do podróżowania. Gdyby ktoś jednak chciał spędzić urlop na Zakarpaciu i przy tej okazji pochodzić po górach, samego Użhorodu nie polecam, bo choć leży na wzniesieniach, to w prawdziwe góry trzeba podjechać ładnych parę kilometrów. O turystyce będzie może innym razem, teraz wróćmy do samej misji obserwacyjnej.

Zostaliśmy podzieleni na pary, zasadą było, że każdy z partnerów musi pochodzić z innego kraju. Przez kilka kolejnych dni miałam pracować z Kanadyjczykiem, który był profesjonalny w każdym calu i doskonale przygotowany do tej pracy, gdyż w Kolumbii Brytyjskiej jest urzędnikiem odpowiedzialnym za przygotowywanie wyborów, jednak przy tym tak poważny i skoncentrowany na "powadze urzędu", że wręcz straszył (przynajmniej ja tak to odbierałam) członków komisji, do których dotarliśmy. Gdy głosem nieznoszącym sprzeciwu odmówił przyjęcia szklanki wody mineralnej w węgierskiej komisji ("Thank you, but no" – powiedział, uznając najwyraźniej, że nawiązywanie bliższych niż tego wymaga protokół stosunków z miejscowymi byłoby pogwałceniem zasad obiektywizmu i godziłoby w niezależność obserwatora), wzięłam go i bok i poprosiłam, by jednak postarał się zrozumieć, na czym polega słowiańska gościnność i że ludzie nie proponują poczęstunku, by nas skorumpować, a by pokazać, że są zadowoleni z przyjazdu zagranicznych obserwatorów. Obecność Kanadyjczyka w wiejskim punkcie wyborczym naprawdę była nie lada atrakcją, moje pojawienie się nie wywołało żadnego zdziwienia. Wiadomo, Polaków zawsze było na Ukrainie wielu. Lekcja nie poszła na marne i do końca zmiany obyło się bez spięć kulturowych.

Co najmniej kilku członków komisji, które odwiedziliśmy (a było ich 9 w dniu wyborów) dziękowało mi za to, że przyjechaliśmy, mówili, że bardzo się cieszą, że wybory są monitorowane przez międzynarodową organizację. Jasne, to nie jest tak, że ludzie przez nami klękali i wznosili podziękowania, ale wielu w ten czy inny sposób dawało do zrozumienia, że wcale im nie przeszkadza, że się kręcimy po lokalu i zaglądamy w papiery. Wprost przeciwnie, fajnie, że jesteśmy. Mówię po rosyjsku, jak się okazuje, w miarę swobodnie rozumiem też ukraiński, więc przy okazji siedzenia w komisjach przeprowadziłam wiele rozmów. Przebijało z nich zmęczenie ludzi problemami kraju i życzenie, by nareszcie sytuacja się uspokoiła. Nie brakowało też pytań o to, czy my w Polsce od razu odczuliśmy korzyści płynące z wstąpienia do Unii Europejskiej. Nadmierny entuzjazm spowodowany ewentualnym członkostwem starałam się tłumić, bo akurat z Unią trzeba negocjować z głową i nie wierzyć, że jest lekiem na całe zło, jednak nie mam wątpliwości, że większość ludzi z zachodu naprawdę się do Unii śpieszy. Statystyki nie kłamią, większość Ukraińców z zachodu przystąpiłoby do Unii choćby jutro i to bez względu na koszty – perspektywa paszportu otwierającego drzwi do każdego kraju strefy Schengen wydaje się niwelować problemy na innych polach.

Nasza praca polegała na tym, że obserwowaliśmy procedury wyborcze w wybranych lokalach wyborczych. Najbardziej w pamięć zapadł mi punkt w wiosce zamieszkałej wyłącznie przez Romów. Bądźmy szczerzy, to takie getto z drewnianymi chałupami, wokół których biegają prawie nagie dzieci, których nie mogą upilnować ich szesnastoletnie matki. Pierwszy raz w życiu byłam w takim miejscu, a że drzwi domów były szeroko otwarte, bez problemu mogłam podejrzeć, jak one w środku wyglądają. Ubóstwo, bród i kompletna minimalizacja potrzeb. Jako że znaczna część mieszkańców to ludzie niepiśmienni, do kabin do głosowania wchodzili czasem całymi rodzinami i wspólnie szukali interesującego kandydata. Nie mieli wątpliwości co do tego, na kogo głosować – decyzję podjął Baron, czyli szef wioski. Przez cały czas, który spędziliśmy w lokalu, siedział przed wejściem i po swojemu obserwował sytuację. Swoją drogą, lokal, o którym mówię, był chyba w ogóle najlepiej monitorowanym punktem wyborczym w regionie. Wchodząc, minęliśmy się z obserwatorami amerykańskimi, wiem, że jacyś zagraniczni obserwatorzy z innej organizacji przyjechali tam wieczorem na liczenie głosów.

Zmianę zaczęliśmy o siódmej rano, skończyliśmy o pierwszej w nocy w regionalnej komisji wyborczej, do której lokalne komisje przywiozły protokoły i karty do głosowania. Sama procedura przyjmowania protokołów trwała w nieskończoność – w całym kraju (lub niemal całym) padł system informatyczny, za pośrednictwem którego regionalne komisje wprowadzały wyniki. Atak hakerów skutecznie rozłożył na łopatki komisje, jak Ukraina długa i szeroka. Dopiero nad ranem udało się go naprawić. Do tego czasu przed budynkami komisji ustawiały się długie kolejki (w komisji, w której my czekaliśmy, na zdanie raportów oczekiwało ok. 130 delegacji z regionu). Przed niektórymi budynkami dochodziło do bójek – psychologia tłumu, ludzie mieli po prostu dość. Liczenie głosów w Użhorodzie przebiegło bardzo sprawnie, o 11 przed południem rozeszliśmy się do domów. W innych miastach liczenie trwało nawet po kilkanaście godzin i wynikało częściowo z niezbyt przejrzystych wzorów protokołów, po części z nieprzygotowania członków komisji.

Koledzy Obserwatorzy, którzy mieliście kilkunastogodzinne zmiany – mogę się z Wami jedynie duchowo solidaryzować. Miałam szczęście trafić do okręgu, w którym praca poszła sprawnie, co nie zmienia faktu, że muszę przyznać, że i w takich warunkach praca obserwatora jest po prostu ciężka. Ciągle w drodze (w moim przypadku jakieś 3 tysiące km pociągiem i autobusem), ciągle pod telefonem, bo może zadzwonić koordynator i kazać dokądś jechać, czegoś dopilnować. Gdy wróciłam z liczenia głosów (noc po wyborach, czyli z niedzieli na poniedziałek) i wiedziałam, że za 5 godzin ponownie trzeba zameldować się w komisji i spędzić w niej, w najgorszym wariancie, nawet dziesięć godzin, miałam ochotę płakać ze zmęczenia. Pomijając tę drobną niedyspozycję, mam wrażenie dobrze wykonanego zadania i uczestniczenia w czymś naprawdę fajnym i ważnym. Poczyniłam masę obserwacji, odwiedziłam region, do którego być może nigdy już nie zawitam, przećwiczyłam ukraiński (nie mówię w tym języku, ale nieźle go rozumiem, przy czym trening, który miałam na Zakarpaciu, bardzo się przydał).

Aha, i jeszcze jedna migawka z dnia wyborów. Byliśmy w jednym z lokali w chwili otwarcia. Już przed ósmą przed drzwiami ustawiła się kolejka głosujących, przez koleją godzinę wchodzili nieprzerwanym potokiem. Święto demokracji, chciałoby się powiedzieć. Święto, w którym każdy, bez względu na to, czy głosował na Jarosza, Dobkina czy Poroszenkę, chciał uczestniczyć.
Trwa ładowanie komentarzy...